Kalendarz Reprezentacji
Poniedziałek 14.11.2016

Andrzej Person: W polskim sporcie jest zdecydowanie za mało pieniędzy

Wywiad przeprowadzony do raportu "Polski Sport 2016. Rozwój, finansowanie i wyzwania", którego publikację zaplanowano na listopad 2016 roku.

 

Jak ocenia Pan obecną kondycję polskiego sportu?

Moim zdaniem kondycja polskiego sportu jest całkiem dobra, chociaż oczywiście mogłaby być lepsza. Ujmując temat skrótowo i ogólnie wszystko zależy od pieniędzy.

 

Czy sport w Polsce jest wystarczająco promowany?

Myślę, że tak. To widać choćby podczas wielkich imprez sportowych. Oczywiście sport jest na ostatnich stronach gazet, ale moim zdaniem jest on poważnie traktowany. Tłumy kibiców, które zdążają na stadion i są niemal uzależnione od wyniku to dowód na moje słowa. Kibice są szczęśliwi kiedy Polacy wygrywają, a kiedy przegrywają, wówczas śpiewają „Polacy nic się nie stało”.

 

Co jest największą przeszkodą w uprawianiu sportu w Polsce?

Dla dorosłych nie ma takich przeszkód, dla młodych mogą być ich rodzice ze swoim hasłem „Nie biegaj, bo się spocisz.” Tę sprawę oceniam z perspektywy 40-50 lat, które pamiętam i uważam, że dziś sport jest tani i dostępny. Kiedyś o wszystko było dużo trudniej, dziś dostęp do taniego sprzętu jest bezproblemowy. Mamy trzy tysiące Orlików, wiele ścieżek rowerowych. Kiedy leci się wieczorem samolotem nad Polską to widać oświetlone Orliki, na których ciągle ktoś gra. Oczywiście mówiąc o rodzicach chciałem być nieco prowokujący. Ale faktycznie uważają, że sukces sportowy jest ulotny, a ważniejsze jest wykształcenie i sukces naukowy. Dziś problemem jest to, że dzieci za dużo siedzą przy wszelkiego rodzaju urządzeniach, a właśnie powinny biegać i się pocić. Kiedyś nie było wyboru między komputerem, a sportem. Nie było nic, graliśmy na podwórkach, a jak było ciemno to mama krzyczała, że trzeba wracać odrabiać lekcje. Teraz jest inaczej, może mądrzej, choć ja również namawiam wnuka, żeby szedł pobiegać, a nie uczył się kolejnego języka. Języki dobrze znać, ale warto też mieć coś do powiedzenia. Natomiast bardzo poprawiła się sytuacja w kategorii wiekowej 30 plus. Tu bardzo dużo osób uprawia sport.

 

Czy widzi Pan długoletnią strategię państwa w dziedzinie polskiego sportu?

Tak, była taka strategia, opracowana za rządów Platformy Obywatelskiej, a przede wszystkim za czasów ministra Adama Giersza, który bardzo dużo zrobił dla tej sprawy. Według mnie ta strategia jest widoczna i jest realizowana. Jej głównym nastawieniem jest cel prozdrowotny. Wcześniej była punktomania, która zabijała ruch spartakiadowy. Każde województwo, czy powiat, rozliczało się z wyników, a to zabijało talenty. Jedni dojrzewali wcześniej i wygrywali z tymi, którzy za pięć lat byli mistrzami świata. Pamiętam historię z 1992 roku z igrzysk w Barcelonie. Złoty medal w tenisie stołowym zdobył wówczas Jan Ove Waldner. Po skończonym finale spojrzałem salę, a tam Waldner cały czas gra z jakimś człowiekiem w krótkich spodenkach i klapkach. Okazało się, że to król Szwecji przyleciał pograć w ping ponga z mistrzem olimpijskim. Szwedzi w poprzednich latach nie zdobywali medalu, więc to było ważne wydarzenie, ale ten obrazek z królem grającym w ping ponga został w pamięci jako wyraz takiego codziennego prozdrowotnego charakteru sportu.

 

Czy polskie państwo w wystarczający sposób finansuje sport?

W polskim sporcie jest zdecydowanie za mało pieniędzy. Wszystko zaczęło się w 1989 roku, kiedy uznano, że promocja kraju poprzez sport jest kopią systemu komunistycznego. To było mylne myślenie, bo od czasów starożytnych do Baracka Obamy sport odgrywa kluczową rolę w promocji krajów. Jest po prostu najłatwiejszym sposobem promocji, co wie doskonale wiele małych krajów. Przez lata to odbijało się czkawką, a pieniędzy ubywało zamiast przybywać. Sport był na szarym końcu. Dobrze wygląda się na zdjęciu z mistrzem świata, ale żeby potem dać mu fundusze na klub, to już było zbyt wiele. Państwo powinno mieć system, najlepszym tego przykładem są Amerykanie. Systematycznie zdobywają około 30 procent medali olimpijskich w pływaniu. Ich system pływania w szkołach, na uniwersytetach jest wzorcowy. Wybrali świetną drogę, bo pływanie obok medali ma również ten walor prozdrowotny. Brytyjczycy z kolei zainwestowali w kolarstwo torowe – tu mają efekt w postaci medali, choć mam wątpliwości, czy to przekłada się na masowe zainteresowanie kolarstwem torowym. Pływanie ma wartość dodaną.

 

Czy system finansowania sportu przez państwo jest zrozumiały i przejrzysty?

Może tak, ale na pewno jest zbyt ubogi. Od dawna twierdzę, że głównym sponsorem sportu powinien być samorząd. Przez lata byłem parlamentarzystą i wiem jak to wygląda. Wiceprezes klubu, a jednocześnie radny nie chciał dać pieniędzy na sport, tylko na rondo na osiedlu, bo to rondo daje mu kilkaset głosów. To się zmienia, pieniądze są już dzielone i nie można zmieniać ich przeznaczenia. Zmienia się też świadomość samorządu. W mojej opinii Ministerstwo Sportu i Turystyki jest niepotrzebne. Sport dzieci i młodzieży powinien zostać włączony do Ministerstwa Edukacji, a turystyka jako dziedzina gospodarcza do Ministerstwa Gospodarki. Natomiast sportem wyczynowym powinien zająć się Polski Komitet Olimpijski, na wzór włoski. Ciężko jest funkcjonować stowarzyszeniu, jakim jest PKOl, tylko w oparciu o sponsorów. A to jest argument – jesteśmy niezależni, więc nie możemy polegać na państwu. Jestem temu przeciwny, bo to jest fikcja.

 

W jaki sposób państwo powinno inwestować w sport?

Dawno temu bywałem na lekkoatletycznym mityngu w Zurychu, jednym z najlepszych na świecie. I tam sponsorem było miasto, bo szansa na to, że ono zbankrutuje jest znikoma. Natomiast każdy inny, mniejszy sponsor jest mniej pewny. Ze spółkami skarbu państwa jest inny problem – zmiany polityczne determinują zmiany w podejściu do sponsoringu sportu. Ten prezes woli inną dyscyplinę i wszystko się wali. Byłoby lepiej, gdyby państwo stworzyło przejrzysty system wytycznych dotyczących finansowania sportu przez spółki skarbu państwa. Tak jak jest w Niemczech, gdzie z góry wiadomo co sponsoruje Mercedes, a co BMW. A tak jest wielka niewiadoma. Mówię teraz jako kibic Anwilu, który jest maleńkim fragmentem Orlenu. Kolejne zmiany rodzą pytania, czy w przyszłym roku będą pieniądze na koszykówkę. To jest zła droga, bo nie można podpisać dłuższego kontraktu z kimś młodym nie wiedząc, co będzie za rok. Jednym jest łatwo, jak prezesowi Zbigniewowi Bońkowi, bo nieważne co się wydarzy, to przy piłce każdy chce być. Ale nie wszystko jest piłka. Są sporty olimpijskie, które same się nie utrzymają. Te pieniądze mógłby rozdzielać właśnie PKOl.

 

Jakie są bariery w finansowaniu sportu przez biznes?

Na pewno powinny być ułatwienia w finansowaniu sportu przez biznes. Walczyliśmy o odpisy, ale wyliczenia były takie, że to jest zbyt kosztowne. Moim zdaniem najważniejszy jest dobry projekt dla biznesu. Odpis jest ważny, ale projekt ministerstwa, czy komitetu jest najważniejszy. To doprowadzi do sytuacji, w której Tomek Majewski mówił, że jest tyle pieniędzy, że on ma kłopot z ich wydaniem. Zwłaszcza, że minęły czasy, w których największą atrakcją były obozy w Sierra Nevada. W Arłamowie jest podobno lepiej. Nie odstajemy od świata i możemy trenować tutaj.

Niedawno wróciłem z Londynu zachwycony tym, co zobaczyłem w Stratford. Najbardziej zanieczyszczone miejsce w Europie zostało diametralnie zmienione na Igrzyska w 2012 roku. I dziś tętni życiem. W jednej części powstało wiele mieszkań dla ubogich, druga jest odwiedzana przez dziewięć milionów osób rocznie! Wycieczki szkolne, turyści, konkursy, zabawy, sztuka i sport – park olimpijski został fenomenalnie wykorzystany. Podobnie jest w Sydney. Dlatego uważam za bzdury mówienie o gigantycznych kosztach igrzysk, bo zyski społeczne mogą być dużo większe. Oczywiście każdy znaleźć przykłady inne, choćby Soczi. Ale tu nikt nie spodziewał się, że będzie inaczej. Od dawna jestem zafascynowany sportem w Ameryce, który jest dla mnie wzorem, jak powinna wyglądać szkoła, uniwersytet. Tam NCAA jest popularniejsza od NBA. NBA to liga gladiatorów, owszem interesująca, ale każdy najpierw szuka wyników swojej drużyny uniwersyteckiej, w której kiedyś grał, której kibicuje.

 

Jaką ma Pan opinię na temat sponsorowania sportu przez branżę hazardową?

Hazard oczywiście tak. Skoro cały świat to wykorzystuje, to dlaczego nie my? Uważam, że cała afera to jedna z porażek mojej partii. To spowodowało stratę wielkich pieniędzy dla sportu. Mam świadomość, że założenia hazardu są może nieetyczne, ale teraz pijemy colę, które nie jest najzdrowsza, a smakuje. Jeżeli sport mógłby uzyskać z tego ogromne pieniądze, to nie rozumiem sytuacji, w której nie może tego uczynić.

 

Czy zwiększenie nakładów finansowych na sport wpłynie bezpośrednio na lepszą kondycję polskiego sportu, czy w grę wchodzą inne czynniki. Jakie?

Poziom sportu oczywiście zależy od pieniędzy i sprawnego zarządzania, ale nadrzędnym celem powinno być zdrowie. Pamiętny mecz Waldnera z królem nie przełożył się na wielką popularność ping ponga w Szwecji, bo Szwedzi i tak będą biegać na nartach. Dlatego na koniec powiem kilka słów o golfie. Mamy oto 50 tysięcy kibiców pod Wielką Krokwią, ale zapewne żaden z nich nie będzie skakał na nartach. Tymczasem zbliża się golfowy US Open, tam też będzie 50 tysięcy kibiców. Różnica jest taka, że każdy z nich gra w golfa. To jest wspaniałe przełożenie. Z jednej strony podziwiamy tych, którzy uprawiają sport zawodowo, z drugiej strony następnego dnia sami idziemy i próbujemy robić to amatorsko, dla zdrowia.

Nie dodano jeszcze komentarzy.